Po przerwie

28 czerwca 2007

Po Zlinie zarządziłam tydzień wolnego, 2 dni tylko biegania i od 5 dni szlifowałam formę tenisową. Efekty pracy sprawdzę już jutro, bo wybieramy się z rana na Drużynowe Mistrzostwa Polski z Warszawianką. Zaraz po nich Indywidualne, a potem 25-tka w Toruniu. Czas wolny od tenisa starałam się zagospodarować na maxa i w rezultacie udało mi się odwiedzić w końcu Oświęcim, wybrać się na 2 koncerty, skoczyć ze spadochronem w tandemie, zrobić wypad na 3 część “Piratów” i odwiedzić dawno nie widziane stare dobre kumpele (Madziochę i Olkę- pozdro;)  ), złożyć papiery na warszawski Awf, oddać laptopa do naprawy oraz stać się posiadaczem własnego prywatnego słoneczka, jak również zrobić pare innych rzeczy których nawet nie pamiętam… A no właśnie, zapomniałam o kolejnej próbie podjęcia współpracy z psychologiem (3 sesje) - może ktos wreszcie poukłada mi w tej łepetynie.

Zlin

17 czerwca 2007

Chyba nie ma co za dużo się rozpisywać…kolejny w karierze mecz przegrany przez głowę i nerwy. Do tego przyszło jeszcze przemęczenie i skończyło się na 7/5 3/6 3/6 z Weroniką Kapshay w 1 rundzie eliminacji. Udział w deblu chyba nie był tu najlepszym pomysłem biorąc pod uwagę, że ledwo miałam siły na trenowanie i pewnie lepiej byłoby zrobienić od razu przerwę. Jednak z Lenką Tvaroskovą umówiłam się już kilka dni wcześniej, łatwiej o punkty w 50-tkach a i hospitality było, tak więc postanowiłam zagrać. Szczęście nam nawet dopisało i drabinkę miałyśmy nie najgorszą, niestety w ćwierćfinale musiałyśmy odpuścić, bo partnerka okazała się w jeszcze gorszej kondycji fizycznej niż ja, singla nawet skreczowała, ale debla musiałyśmy rozegrać całego, bo inaczej nie dostałybyśmy punktów ani kasy…genialny przepis:/ Szkoda, że takie mam szczęście do partnerek ostatnio - albo jedzie gdzieś dalej na turniej, albo pada na ryj - ale taki już urok debla..

Teraz kilka dni odpoczywam, organizm trochę odmawiał mi już posłuszeństwa - życzył sobie snu już od19 przez ostatni tydzień, a i bóle po starych kontuzjach się odezwały. Najbliższe plany startowe to Drużynowe i Indywidualne Mistrzostwa Polski a potem Toruń 25.000$.

Domek na dzionek

8 czerwca 2007

Debel nietety wczoraj również w plecy, a szkoda bo było do wygrania, ale chyba partnerka nie chciała mi się za bardzo forsować. Chociaż ja też nie jestem bez winy, bo w pierwszym secie raz nas przełamały…przy 4/5 i moim serwisie…ale tak to jest jak się człowiek w młodości przyzwyczai, że mu partnerka kryje więcej niż powinna i robi grę to później ciężko się gra zapierdalając po 80% kortu. Widzisz Ala, wszystko twoja wina;) Plus tej porażki jest jednak taki, że już dzisiaj o 10.40 byłam na Okęciu i chociaż dzień w domku spędzę - no prawie w domku, bo prawie 2 godziny spędziłam dziś w urzędzie odbierając dowód rejestracyjny, a niewątpliwie mi się jutro przyda, gdyż z rańca ruszam na Zlin.

4/6 3/6 po dobrej grze

7 czerwca 2007

Mecz był bardzo dobry i wyrównany, ale zawiodła chyba głowa, bo z taką grą powinnam raczej wygrać, ale już sama nie wiem… Nie wierzę, że mogą wygrać? Czy może za bardzo się irytuję po błędach i przypadkowych punktach? Pewnie to i jeszcze pare innych rzeczy… Ale może napiszę to co wiem, czyli krótką relację. Przy po 1 w pierwszym wyciągnęłam gema przy jej serwisie z 0/40, za co zrewanżowała mi się przy 3/1, a potem wyszła na 3/4. Wygrałam swój serwis, a następnego gema gralyśmy jakieś 15 minut, większość przewag była jej ale ja też kilka miałam, niestety nie wykorzystałam i przy 4/5 przegrałam serwis… Drugi set zaczął się od 0/3, ale każdy gem na przewagi, później już swoje gemy serwisowe wygrywałam łatwo, ale przełamać jej nie mogłam mimo wielu okazji, więc break w drugim gemie dał jej seta i cały mecz.

Za godzinę jeszcze połówka debela przeciwko Bratchikova/Silva

6/3 7/6 (3)

6 czerwca 2007

Dzięki Ci Panie za tak łaskawe losowanie. Wymęczyłam dziś 6/3 7/6 (3), ale grając fatalnie. Zaczęłam od 0/3, więc troszkę się wziąłam i 7 gemów poszło na moje konto. W drugim też zaczęło się podgórkę, bo dziewczyna nawet miała przewagę na 2/4, ale to ja wyszłam na 5/3 i…spodziewałam sie już zakończenia meczu, gdy przeciwniczka zapragnęła w końcu powalczyć i wyszła na 6/5 i 30/15, ale chyba się troszkę spięła, bo podarowała mi prawie wszystkie kolejne punkty. Jutro już nie mogą sobie pozwolić na taką grę jak dziś jeśli chcę powalczyć z Aliną Jidkovą. Na pewno łatwo nie będzie, ale grając solidnie mam szanse, tym bardziej że 2 dni temu rozgrywałyśmy na treningu i większość piłek wygrywałam, ale widomo- mecz to trochę inna bajka…

W debelka połówka już

5 czerwca 2007

Ponieważ moja prośba o pierwszą rundę singla na wtorek została przez sędziego głównego zignorowana, na pocieszenie został mi fakt, że puścił dziś wszystkie mecze debla. W parze gram z Silvią Disderi i nie specjalnie się namęczyłyśmy wygrywając 6/1 6/1, co daje nam już połówkę, gdyż w 1 rundzie miałyśmy bye. Singla gram jutro o 11 z kwalifikantką Darią Arutyunovą. Poza tym upał panuje tu nie mały i zdeczka nudnawo jest, bo korty i hotel są na obrzeżu miasta, a do centrum już jakoś odechciało mi się jeździć. Apropo, powoli kasa do mnie wraca, bo przedwczoraj znalazłam 20 euro tuż przy swojej torbie;)

Bgż Cup- zaległe

3 czerwca 2007

No to w końcu coś nastukam o ursynowskim turnieju. Pierwszego meczu z Hrdinovą prawdę mówiąc nie obawiałam się mocno, wiedziałam, że jak uda mi się utrzymać swój serwis i chociaż raz przełamać to się posypie dziewczyna. I tak też się stało, chociaż kreczu się nie spodziewałam, rzekoma kontuzja ponoć uniemożliwiła jej dalszą walkę. Co do samej gry to nawet nie najgorzej to wyglądało, tyle że dziewczyna z zasady za dobrze nie biega i wystarczyło pare razy rozrzucić prawo - lewo, uważając tylko na petardy z serwisu i środka kortu.

Co do drugiej rundy to spodziewałam się mniejszego oporu, niestety Sedenkova prezentowała się w tym meczu nadzwyczaj dobrze, rewelacyjnie wręcz biegając i czytając moją grę jak elementarz. Wynik może wyglądałby trochę inaczej gdybym wykorzystywała szansy, które mi czasem dawała, niestety kilka zepsutych wolejów i ataków zaprzepaściło moją szansę na nawiązanie walki.

Znacznie lepiej poszło mi w deblu, (ale to ostatnio żadna nowość) w parze z Ariną Rodionową. Poległyśmy dopiero w finale, jednak w moim odczuciu byłyśmy lepsze od pary Martinowic/Bek, szkoda tylko, że wynik tego nie potwierdził. Pierwszy set to chyba jakieś rozkojażenie było, drugia nasza dobra równa gra, a trzeci to już niestety powtórka z pierwszego seta plus narastające narwy w miarę zbliżania się końca. Mnie ogarnął jakiś paraliż i jak już się przełamałam, żeby przejść na siatce to wychodziła z tego kupa, a moja partnerka robiła to nie dużo lepiej do tego mając problemy z przytrzymaniem z głębi kortu. Grę robiłyśmy my, ale błędy niestety też najczęściej były nasze…

Nadrabianie zaległości

2 czerwca 2007

Po tych historiach nie pozostaje nic innego jak tylko zgarnąć ten turniej, jak to miało miejsce w Sant Boi. Tam co prawda przydażyła mi się inna niespodziewanka, ale równie mocno się zdenerwowałam. Wtedy jeszcze nie prowadziłam blogu, więc przybliżę tamte okoliczności. Bilet miałam z Faro do Barcelony przez Lizbonę, jednak już tuż po nadaniu bagażu okazało się że lot jest kilkadziesiąt minut opóźniony i najprawdopodobniej na przesiadkę nie zdąże i tak też się stało, wyleciałam prawie 3 godziny później zanudzając się na lotnisku na śmierć, po przylocie do Lizbony dowiedziałam się, że na mnie nie poczekali i lot mam następnego dnia z samego rańca, więc dadzą mi nocleg, ale lepiej żebym nie odbierała bagażu. Gdy już doleciałam do Barcelony też go jednak nie zobaczyłam, bo gdzieś go zagubili i udałam się do klubu tylko z rakietami i butami (całe szczęście że zabrałam je na pokład). Tam jednak oświadczyli, że nigdzie do sklepu mnie nie zawiozą, więc mało się nie rozpłakałam gdy w końcu dyrektor klubu się zlitował i podwiózł furą do Decatlonu. Bagażu nie widziałam przez dwa kolejne dni, ale w końcu dotarł do hotelu w stanie o dziwno nienaruszonym.

Co do treningów w Hiszpanii to też różowo nie było, bo raz, że aktualnie wszyscy lepsi gracze trenowali na sztucznej trawie, a mi zostali ci nie co słabsi… Ale po drugie, trochę gorsze, to niestety naderwałam ciut dwójkę i musiałam trochę ograniczyć treningi, a i dosyć mocno obawiałam się startu w Madrycie. Jednak dziś pierwszy dzień biegałam normalnie, chociaż mój strach przed bieganiem do skrótów tylko pogłębia się z każdą kolejną kontuzją…

I znowu bez Bgż-u, ale to dlatego, że zaraz zamykają sklep, a jutro niestety niedziela i Hiszpanie nie rabotajut

Wyjazd do Madrytu na 25-tkę

2 czerwca 2007

Przyjazd do Madrytu od początku był jakiś pechowy. Na liście w dzień weryfikacji byłam wciąż druga w elimkach i wiedziałam, że na 90% nie będzie żadnych speszalegzemów, ale na sajningu być musiałam, więc o 12 udałam się na dworzec w Villenie uprzednio tylko potrenowawszy, dzięki uprzejmości akademii i zrobieniu mi treningu tenisowego godzinę wcześniej niż reszcie. Na stacji kolejowej okazało się jednak, iż biletów na 12.30 brak i dopiero 2 godziny później mogę jechać (co niestety spowodowało by moje przybycie do klubu grubo po 18…) Liczyłam jednak, że z pociągu mnie nie wyrzucą i wsiadłam w ten wcześniejszy i nawet się nie przeliczyłam, choć łatwo nie było… Od razu po wtarabanieniu się z całym moim ekwipunkiem do wagonu grzecznie oświadczyłam brak biletu i chęć jego zakupu, lecz Pan W Mundurku kazał mi zaczekać. Po jakimś czasie doczekałam się kolejnego mundurowego, jednak już nie władającego językiem obcym, więc moim pytaniem o kupno biletu po angielsku nie specjalnie się zainteresował. Po jego odejściu stojąca obok pani zaproponowała mi swoją miejscówkę, gdyż była z dzieckiem w wózku i nie zamierzała z niego korzystać. Po chwili namysłu skorzystałam z tej uprzejmości, ale zaraz pojawił się znów konduktor, który wcześniej mnie olał, tym razem wykazując większą uwagę moją osobą, karząc mi iść za sobą. Na korytarzu zaczął mało przyjemnie dopytywać się o bilet, i już myślałam, że dosoli mi zaraz jakąś karę za jazdę na gapę, ale na szczęście przy pomocy dwóch innych osób robiących za tłumaczy udało mi się wytłumaczyć całą zaistniałą sytuację i łaskawie wypisał mi bilet bez kary, jednak oświadczył iż na miejscu tej pani siedzieć mi nie wolno… Znowu więc udałam się na korytarz gdzie zostawiłam bagaże, ku zdziwieniu pani z dzieckiem, równie mocnym co moim, na zakaz pana konduktora, jednak dobrze się stało, bo po pół godzinie zmiękła, złożyła wózek i wraz z bobaskiem spoczęła na swym miejscu. Mi natomiast po godzinnej posiadówce na podłodze zostało wskazane inne wolne miejsce na którym dotarłam do Madrytu. Tam już tylko przejażdżka dwoma liniami metra, przeprawa ze stacji z tobołkami przez park i za 20 minut 18 postawiłam swój autograf przy nazwisku. Fju… znowu się udało:) Jednak tak jak przypuszczałam do głównego się dostałam, więc kiblowanie 3 dni w Madrycie. Kiedy dziś Naomi oświadczyła mi chęć pozwiedzania miasta, pomyślałam, że nawet dobrze się złożyło, bo rzadko mam okazję pozwiedzać mimo częstych podróży. Jednak troszkę się pomyliłam…no ale co by nie mówić trochę miasta widziałam i to nawet odrobinę tej ciemnej strony;)

Madryt City

2 czerwca 2007

Nareszcie mam internecik i to nawet bardzo szybki wireless w klubie w Madrycie, tyko….szkoda, że częściej nie działa niż działa… Zacznę tym razem od końca, czyli dnia dzisiejszego. Postanowiliśmy sobie z koleżanką Naomi Scharle zrobić wypad na miasto po porannym treningu. Niestety zwiedzanie miasta zakończyłyśmy na komisariacie policji, uświadamiając sobie (z resztą w moim wypadku nie pierwszy raz), że jesteśmy kompletnymi idiotkami… Otóż chwilę przed przejażdżką policyjnym radiowozem (co chociaż można uznać za jakiś plus tej historii) dałyśmy się wyrolować dwóm cygankom na niezłą sumkę 350 euro.Zaczęło się niewinnie, podeszły do nas z kwiatuszkami, kiedy nie zareagowałyśmy przypięły je nam i oświadczyły, że za free i o godzinie 5 będzie fiesta. Ok, spoko, to chcemy iść, kiedy wyciągają drobne i nam pokazują, no tak, przecież wiadomo, że nic za darmo… Koleżanka wyciąga portfel i chce dać drobniaka, ale tam bida i ni ma, więc we mnie odezwała się naiwna dobroć i sięgam po swój. W tym czasie cyganka zaczęła coś gadać i sięgać do jej portfela, coś tam pokazując. Ja natomiast do swojego i daję jej jakieś centy, a ona do mnie zaczyna nawijać, oddaje mi je wsadzając do ręki i dotykając portfel mówi, że chce mojej walutę, której niestety nie mam, więc zabiera mi kwiatka, ja chowam portfel niczego nie podejrzewając. Druga cyganka w tym czasie odchodzi, a pierwsza znów nawija od rzeczy, więc spadamy. Jednak Naomi przytomnie sprawdza portfel i coś jej się nie zgadza, cyganki wchodzą do autobusu, na obchodne rzucając żebyśmy uważały na pieniądze…hahaha - baudzo śmieszne… Ja, tak na wszelki wypadek też sprawdzam portfel, bo przecież cały czas trzymałam go tak, żeby nie dało się wyciągnąć papierkowych i mając go na uwadze, więc nic nie mogło się wydarzyć. Jakie jednak było moje zdziwienie, gdy zamiast 3 stów ujrzałam tylko jedną… Nie fart był tym większy, że raczej nigdy nie biorę takiej kasy na miasto, a jak już to kitram gdzieś głębiej, ale wypad był bardzo spontaniczny to też zapomniałam tego tym razem uczynić. Kobiety były bardzo sprawne i podziwiam ich talent, ale 3 i pół stówy za taką sztuczkę to trochę przegięły. Rozpisałam się strasznie, ale nich ta historia będzie przestrogą dla innych i może uchroni kiedyś waszą kasę. Oczywiście nie posądzam Was o taką głupią naiwność, ale jak powiedziała nam policja, od 8 lat Cyganie w ten sposób nabierają turystów w tym miejscu, (swoją drogą trochę „dziwne”, że nic nie mogą z tym zrobić), czyli idiotów na tym świecie jest całe mnóstwo, a może po prostu zbyt dobrych, beztroskich ludzików. Ale jak to mi tata przypomniał, „jak się mam miękkie serce to trzeba mieć twardą dupę” i niestety przekonałam się o tym po raz kolejny, szkoda tylko, że tym razem tak boleśnie i to nawet nie tyle finansowo co mentalnie.